Thursday, 26 April 2012

Pan Pies i Picasso

Moje ulubione zdjęcie z Bratysławy przedstawia Psa na tle czerwonych drzwi. Nie jest to jakiś specjalnie sympatyczny kundelek, ale rasowiec z lekko zmrużonymi oczami, które mówią "Gościu, nikt cię tu nie zapraszał". A jednak w Bratysławie czułam się, jak u siebie. Wszystko niewielkie, nieprzesadnie piękne, w swojski sposób urocze. W ostatni marcowy weekend wybuchła tam wiosna, wszyscy wylegli nad rzekę pospacerować, zjeść lody, wypić piwko, pobawić się z dziećmi, zażyć słońca. Paradoksalnie dzięki temu, że niewiele jest tam do zobaczenia, odpoczęłam wybornie. Nie ganiałam jak szalona po muzeach, nie chcąc niczego przegapić. Bujałam się powoli po uroczych uliczkach, które szybko zaczęły się powtarzać, wprowadzając mnie w przyjemny trans nicnieróbstwa.


Nie znaczy to, że koneser sztuki nie znajdzie w Bratysławie niczego dla siebie. Ja trafiłam na przeciekawą wystawę Pocta Picassovi. Szczególnie zachwyciła mnie Szwaczka Óscara Domíngueza. Muszę przeprowadzić głębsze śledztwo, bo choć w Sieci znalazłam dwa obrazy tak zatytułowane, to żaden nie odpowiada moim wyobrażeniom. A może ten krótki czas, który upłynął od mojej wizyty w bratysławskiej Galerii Miejskiej, zdążył do tego stopnia zaburzyć odzwierciedlenie tego dzieła w mojej pamięci, że już nie ma Szwaczki Domíngueza, a istnieje nowa - moja? Mam nadzieję, że jednak nie, bo bardzo się do tamtej przywiązałam.

Wracając do Psa, można go spotkać w drodze na Bratysławski Hrad, który sam w sobie nie jest szczególnie piękny. Cechuje się architekturą raczej zwalistą i bez polotu, natomiast widok na podzamcze jest urzekający. Wydaje mi się, że ze względu na zieleń pełni on raczej funkcję przyjemnego miejsca na spacer dla autochtonów, niż atrakcji turystycznej. Choć może dla grupy Egipcjan, którą miałam okazję obserwować,  takie inne coś było zadowalające. Dla mnie rozczarowanie. Choć jako dodatkowy księżyc miasta sprawdza się zupełnie dobrze, rozświetlony, wieczorem z perspektywy Starego Miasta prezentuje się majestatycznie. 

Do Bratysławy z pewnością warto zabrać miłą kompanię, z którą spędzi się trochę czasu  nad talerzem haluszek i kuflem piwa. Ponieważ ceny posiłków w części turystycznej odbierały apetyt (znajomi ostrzegali, że Bratysława zrobiła się absurdalnie droga), postanowiłyśmy wypróbować knajpę z polecanki internetowej. Slovak Pub mieści się przy ulicy Obchodnej i początkowo troszkę straszy swoją ludycznością. Po warszawskich - nawet tych niezbyt wykwintnych knajpkach - ma się wrażenie sporego kroku wstecz. Wszystko lekko kiczowate, ale bez przesady.  Krzesła chwiejne, ale nie na tyle, by rozpaść się pod tobą. Karta dań dość długa i rozmaita, ceny przystępne, obsługa przesympatyczna. Przysmaki, których spróbowałyśmy podczas kilkukrotnych wizyt, sprawiły, że Bratysława zesencjonowała się dla nas właśnie tym miejscu. Niemalże wszystko bryndzowate albo ziemniaczane. Bliskie polskiej kuchni, ale jednak swoiste. Do spędzenie w Slovak Pubie dłuższego czasu zachęca różnorodność, międzynarodowość miesza się tu z lokalnością i jedno drugiemu nie przeszkadza.

No comments:

Post a Comment

Wasze komentarze są dla mnie źródłem radości i inspiracji! Dziękuję!