Friday, 9 February 2018

#zerowaste 1/2018

Jak już wam wspomniałam w poprzednim poście, w tym roku chcę się troszkę skupić na idei #zerowaste. Od dłuższego czasu śledzę różne blogi zerowastowców, przyglądam się, czytam, łapię za głowę. Uważam, że Kasia z Ograniczam Się czy Baranowscy z Organiczni robią świetną robotę.  Śmieci coraz bardziej kują mnie w oczy i wiem, że nie tylko mnie. Coraz więcej jest świadomości i woli do zmian w narodzie, widzę to na co dzień i chcę być tego częścią. Nie boję się wprowadzania radykalnych zmian (dwa lata bez kupowania ubrań przetrwałam prawie bezboleśnie), ale nie chcę też być terrorystką dla mojego otoczenia, patrz męża i dziecka. Dlatego jeśli chodzi o zmniejszenie produkcji śmieci postanowiłam pójść drogą stopniowej ewolucji, tu moje podejście jest bliskie temu, co opisała ostatnio Ryfka w poście zero waste bez fanatyzmu.  

Niemniej styczeń był w pewnym sensie rewolucyjny. Udało mi się wdrożyć kilka działań, o których myślałam od dawna, ale nie miałam czasu i siły. Determinacji do zmian dodawała mi ciąża, bo gdzieś w głębi serca czuję, że chciałabym wychować dziecko w duchu poszanowania dla naszej planety, a nie da się tego zrobić inaczej jak przez przykład. Choć ciążę znosiłam świetnie, to większość energii zostawiałam w pracy, 20 grudnia powiedziałam basta, w końcu wzięłam L-4 i poszłam odpoczywać (znaczy kończyć remont, wić gniazdo, czytać mądre książki etc), co stworzyło mi przestrzeń na wprowadzanie małych zmian.

Kilka produktów eko, które wypróbowałam i mogę polecić. Mydło orkiszowe, środki czystości Yope, proszek do zmywarki Sonett oraz obłędne różane kulki kąpielowe

Pod włos


Od kilku miesięcy stopniowo przerzucam się na ekologiczne środki czystości i kosmetyki. Ekologiczne oczywiście nie znaczy zero waste. Wciąż mam zapas różnych tradycyjnych specyfików, ale jeśli coś się kończy, staram się wybierać wersję eko. Jednak zaczęło mi być tego mało, bo w końcu wciąż mam łazienkę pełną opakowań. Tak więc od stycznia ciało myję mydłem w kostce, a włosy sodą oczyszczoną. Zamienienie żelu do kąpieli w plastiku na cudne mydło od Ministerstwo Dobrego Mydła to właściwie żadne wyrzeczenie. Kto raz spróbuje, nie chce przestać. Ale zamiana pieniącego i pachnącego szamponu na sodę oczyszczoną i płukankę z octu jabłkowego to już inna sprawa. Swoją drogą o tym sposobie mycia głowy usłyszałam pierwszy raz od mojej rodzonej siostry, która mieszka obecnie w Norwegii ze swoim bardzo zielonym narzeczonym. Oni od dawna w ten sposób traktują swoje bujne czupryny i zachwalają to sobie bardzo. Poza tym produkują własne środki czystości z octu i cytrusów.  Ale wracając do mycia włosów, przez 3 tygodnie traktowałam je według tego przepisu  i muszę powiedzieć, że byłam mile zaskoczona efektem. Początkowo miałam trochę problemów strategicznych, jak to robić szybko i wygodnie, ale sprawę rozwiązały słoiczek na roztwór z sody oraz butelka po soku na płukankę z octu. Szybko i wygodnie. Niestety mój eksperyment został przerwany przez nagły pobyt w szpitalu, do którego luby dostarczył mi tradycyjny szampon w plastiku, ale wiecie co. Jak się tylko trochę z Rochem ogarniemy, a nowa buteleczka z szamponem wyschnie, wracam do mycia głowy sodą. (Edit: wróciłam i to jest proste!) Już wiem, że można i widzę, ile mniej śmieci dzięki temu wyprodukuję. Kolejnym krokiem będzie samodzielnie wyprodukowany ocet jabłkowy. W styczniu zaopatrzyłam się również w składniki na proszek do zmywarki domowej roboty, ale czekam na lepszą pogodę, bo nie chcę bawić się w małego chemika  przy dziecku. Eksperymentować z boraksem będziemy na balkonie.


Mniej plastiku 


To, co większości wypełniało nasz pojemnik na odpady segregowane, to butelki po wodzie. Przyznam, że rezygnacja z Muszynianki wiele mnie kosztowała, ale efekt jest niesamowity! Na gwiazdkę zażyczyłam sobie dzbanek filtrujący do wody i od świąt pijemy wyłącznie wodę z kranu. Poza tym jeszcze bardziej przyłożyłam się do dziękowania za siatki w sklepach, nowa ustawa trochę w tym pomaga, ale powiedzmy sobie szczerze, o ile duże foliówki są złe, to mają jeszcze jakieś kolejne życie w naszych domach (np. w kuble na śmieci zmieszane), najgorsze zło to te małe folióweczki, które wciąż są rozdawane za darmo. Oczywiście szewc bez butów chodzi i wciąż nie uszyłam sobie tekstylnych woreczków na zakupy zero waste, ale mimo tego w styczniu wyruszyłam na bazar po zakupy z własnymi najczęściej papierowymi (z recyklingu) małymi torebkami na orzechy, kasze, ryż, miękkie owoce i warzywa oraz słoikami na kapustę kiszoną. Oczywiście jeszcze wiele przede mną, ale mam poczucie, że zaczęłam. Kilka fajnych pomysłów na ograniczenie zużywania plastiku dla opornych znajdziecie tu. No i ostatnia zdobycz stycznia. Długo się głowiłam, jak zorganizować kosz na odpady segregowane, żeby było wygodnie, a nie wymagało wykorzystywania foliowego wkładu. Wiem, wiem, można iść z koszem po prostu i wysypać wszystko, ale to oznacza, że trzeba się wrócić do domu. Nikt tu nie ma czasu na takie krążenie. Myślałam, myślałam no i Eureka! Od miesiąca za kosz na odpady segregowane służy nam średniej wielkości torba z Ikei, wychodząc z domu, zanosimy zawartość do kosza, a torbę chowamy do kieszeni. Proste? banalnie proste i super wygodne. A ile worków foliowych już zaoszczędziłam!

A co z szyciem?


Moje zbiory doczekały się generalnego przeglądu i nowego porządku. Inaczej niż kilka miesięcy temu, nie skupiłam się na wyrzucaniu tego, co nieskończone (na wieki!) lub nieprzerobione (od nie wiadomo kiedy). Tym razem postanowiłam wprowadzić porządek celowy, poza oczywistym podziałem na dzianiny, wiskozy, tkaniny dekoracyjne etc, dodałam podział ilościowy, kupony, ścinki większe i mniejsze. Tym sposobem wygenerowałam na przykład spore pudło skrawków dzianinowych na różne drobiazgi dla Rocha. Wiem, że prędzej czy później je wykorzystam. Tak więc moje minimalistyczne (jakże oczyszczające!) podejście  trochę się przeobraziło pod wpływem idei zero waste. Już tak łatwo nie wyrzucam skrawków. Poza tym ponownie zagościł u mnie kosz na ścinki, nitki, odpadki szyciowe, stwierdziłam, ze spróbuję je wykorzystać jako wypełnienie do projektów trójwymiarowych, np. zabawek (ciekawe, czy coś z tego będzie?). W styczniu powstało kilka projektów z zalegających tkanin, koszula do karmienia z miksu dwóch jerseyów, na które nie miałam pomysłu, czapeczki dla Rocha, a do uszycia becika i ręcznika dla dziecia wykorzystała frotę,  kupioną sto lat temu na szlafrok (okazała się jednak za cienka).

A co u was moje miłe szyjące? Wprowadzacie jakieś zmiany w kierunku bezśmieciowego ż(sz)ycia? Życzę wam inspirującego lutego!

Kasia

3 comments:

  1. Fantastyczne podejście! Ja przymierzam się do zero waste, ale może się dla mnie okazać trudniejsze niż dla Ciebie, bo ja uwielbiam kosmetyki i często kupuję też oczami, dlatego zaczęłam małymi kroczkami- od unikania reklamówek podczas zakupów, wciąż tak jak Ty potrzebuję uszyć małe wielorazowe worki, ale kilka z nich już powstało i sprawdzaja się fenomenalnie :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dla każdego, co innego jest trudne. Mnie jest ciężko zrezygnować z serków waniliowych Rolmlecz :) Najważniejsze, że coraz więcej osób chce próbować ograniczać śmieci i próbuje to robić chociaż w małym zakresie. To zawsze krok do przodu :) Powodzenia!

      Delete
  2. Jestem pod wrażeniem! Ogólnie to dla mnie ciężki temat choć ostatnio stwierdziłam,że nie produkujemy zatrważających ilości śmieci, bo ilość worków wynoszonych przez nas co miesiąc w ramach zbierania śmieci przez gminę, jest najmniejsza w mojej najbliższej okolicy :D Mam swoje płócienne torby na zakupy, staram się nie znosić jednorazowych siatek ze sklepów ale z kupowaną wodą mineralną również muszę coś zrobić.Zainteresowałaś mnie myciem głowy octem, muszę o tym poczytać.

    ReplyDelete

Wasze komentarze są dla mnie źródłem radości i inspiracji! Dziękuję!