Wednesday, 4 July 2018

#zerowaste 5-6/2018

Nasze ulubione czyny zero waste z ostatnich miesięcy: 1. czytamy, ale tylko książki z biblioteki; 2. szyję, ale wyłącznie, z tego co mam w domu, a nasze zbiory pełne są pełne tkanin z sh; 3. kupujemy, do nowych woreczków uszytych z resztek tkanin

A więc nie idzie mi to wszystko tak gładko, jak bym chciała. Jakoś ciężko mi się zorganizować, by śmieci nie napływały do mojego domu. Ale najważniejsze, że się nie poddaje i tam, gdzie mogę mówię śmieciom, a szczególnie plastikowi, NIE. 

Dzisiaj będzie o największych trudnościach. Jakoś nie sądziłam, że to mnie spotka, ale jednak bariera psychiczna bywa dużym problemem początkującego zero waste-owca. Kiedyś czytałam o tym u Kasi z Ograniczamsie.com (nie wiem, czy na blogu, czy w książce) i jakoś nie sądziłam, że to będzie mój przypadek. Z natury jestem jednak dość odważna. A okazuje się, że miewam z tym problem, jakoś opór po stronie sprzedawców mocno mnie zniechęca i może się okazać, że prędzej przestanę jeść krojony chleb (pewnie z korzyścią dla moich bioder), niż znowu będę się zmagać z panią ze sklepu, która wymawia się sanepidem. Z drugiej strony pozytywne reakcje sprzedawców są takie miłe. Np. pani, u której kupuje ziarna, orzechy itp., okazała się zagorzałym czytelnikiem blogów o nieśmieceniu i była zachwycona moimi woreczkami.



Inny problem to jednak brak planu. Jakoś się cofnęłam kulinarnie przez ostatnie miesiące. Odkąd mały się urodził moim rodzice regularnie nas dożywiają i to trochę mnie rozleniwiło. Nie powiem, taka pomoc jest cudna i chyba byśmy na początku bez niej żyli tylko na kanapkach, ale jednak wyszłam z wprawy. A przecież ważnym elementem gotowania, są jednak zakupy. I tu mam dwa wybory, zdać się na męża, który z plastikiem nie walczy i najbardziej lubi ser pakowany z popularnego marketu na B. lub samodzielnie zasuwać z małym zamotanym na brzuchu po bazarku. Z reguły wybieram opcję B, ale jednak tu też jestem ograniczona, bo już nie przyniosę 20 kg zakupów za jednym zamachem. Inna rzecz, że wielu produktów, które lubię nie jestem wstanie dostawać w innych niż plastikowe opakowanie. Np. jogurty, w obrębie najbliższych sklepów, do których jestem w stanie dostać się z małym po prostu nie ma jogurtów w szkle.  Wiem, wiem, mogłabym robić sama, ale nie oszukujmy się, ugotowanie zupy stanowi teraz wielki wyczyn. Trochę się pocieszam, że oto właśnie zbliżamy się do rozszerzania diety Dziedzicowi i będę zmuszona do planowania posiłków, a więc i zakupów. Jako przekorna dusza, zamiast kupować rozsądniej, postanowiłam kupować jeszcze mniej i skupić się na wyjadaniu zapasów, co mnie zainspirowało do kilku kulinarnych eksperymentów i postanowienia, by w przyszłości skupić się na kupowaniu jedzenia, które na pewno zjem ze smakiem, a nie będzie miesiącami zalegać w słoiku w charakterze wystawy. Muszę odświeżyć mój kulinarny repertuar i lepiej planować zakupy!

Kolejny problem pojawił się już w poprzednim akapicie: mąż!. Jak przekonać współmałżonka, żeby poszedł twoją drogą, kiedy mu nie po drodze. Wiem, że nie chcę być terrorystką i wykłócać się o każdą przyniesioną do domu plastikową torebkę, ale jednak fajnie by było, gdyby mocniej wspierał ten kierunek. Macie jakieś pomysły?

Cieszy mnie bardzo, że właśnie zaczął się lipiec i wspaniała akcja: #plasticfreejuly. Takie wydarzenia zawsze mocno mnie mobilizują. W grupie siła. Kto się przyłączy?

Pozdrawiam Was serdecznie,

Kasia

6 comments:

  1. Trzymam za Ciebie kciuki w tej drodze, też się staram ograniczyć plastik, ale różnie to bywa. Co do męża, to myślę, że to przyjdzie z czasem. Mój narzeczony nie ulegał nagabywaniom, nie ruszało go to, że ma wielką szufladę, z której wylatują reklamówki i która się nie domyka. Ze spokojem przyjmował moje docinki, że chyba zbiera te foliówki, żebym miała z czego robić upcyclingowe koszyczki (swoją drogą koszyczki z reklamówek jak dla mnie wyglądają paskudnie). Aż pewnego dnia zażyczył sobie torbę z określonym układem kieszeni. Możliwe, że wpłynęło na niego wprowadzenie opłat za reklamówki i obserwacje ludzi pakujących zakupy do zrywek z działu warzywnego. Być może nie chciał być jak oni i to go skłoniło do używania własnej torby?

    ReplyDelete
    Replies
    1. No właśnie chyba też muszę stworzyć dla lubego jakiś mega komplecik zero waste-owy, to może się przekona :)

      Delete
  2. Bardzo Ci kibicuję i z wielkim zainteresowaniem przyglądam się Twojej zero waste'owej drodze. Wybrałaś sobie niełatwy moment na realizację tego przedsięwzięcia i tym bardziej jestem ciekawa, co Ci z tego wyjdzie. I choć rzeczywiście staram się choć trochę ograniczyć ilość plastikowych toreb przynoszonych do domu i nie kupuję właściwie wody butelkowanej (tyle co dla syna, ale też traktujemy te butelki jako towar wielokrotnego użytku i uzupełniamy je wodą z dzbanka z filtrem), to jednak mam poczucie, że to niezbyt wiele. A mojemu mężowi, który ma tendencję do znoszenia toreb do domu, obiecałam, że uszyję torbę specjalnie dla niego i mam nadzieję, że uda mi się powstrzymać w ten sposób ten niecny proceder ;). Tylko jakoś do uszycia tej torby nie mogę się zebrać...

    ReplyDelete
    Replies
    1. ja wiem, bo szycie takich prostych rzeczy to przecież nuda, szczególnie dla takiej mistrzyni jak ty :) ja ze względu na brak czasu na jakieś bardziej wyszukane formy maszynowe delektuje się ostatnio prościznami i jakoś zaczyna mi się podobać szycie toreb i przyległości, a kiedyś to było beeeee.... może w końcu pierwszą ściereczkę w życiu uszyję :):)

      Delete
  3. Fantastyczne podejście. Trzymam kciuki za dalsze kroki. Ja też staram się jak mogę, ale niestety z marnym skutkiem... Foliówki staram się eliminować jak tylko się da, szyję więc torby, siatki itp obdarowuję tez nimi koleżanki. Opatrzone nieco ciuchy przerabiam, zmieniam na coś innego, ale z resztą to już mi gorzej idzie...

    ReplyDelete
    Replies
    1. trzeba zacząć od tego, co najłatwiejsze, po jakimś czasie człowiek zaczyna mieć ochotę na więcej i samo przychodzi.

      Delete

Wasze komentarze są dla mnie źródłem radości i inspiracji! Dziękuję!